Używamy cookies i podobnych technologii m.in. w celach: świadczenia usług, reklamy, statystyk. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia. Szczegóły znajdziesz w Polityce Prywatności.

Dajcie mi władzę, a ja was...

17.02.2014

Po przeczytaniu artykułu arch. Adama Popielewskiego pod tytułem „W sprawie uprawnień budowlanych”* nasunęło mi się kilka refleksji. Wobec tego pozwalam sobie na odniesienie się do kwestii w nim zawartych.

Prawo budowlane jest, jakie jest i na pewno jeszcze wiele należy w nim zmienić. Prawo to jednak ewoluuje cały czas, bowiem musi nadążać za rzeczywistością. A od lat 30. XX w. wiele się zmieniło zarówno w samym prawie, jak i w budownictwie. W tym kontekście przytoczenie przez Adama Popielewskiego listu dziekana arch. J. Świerczyńskiego, nawet jako zabieg populistyczno-demagogiczny, jest nietrafione. A sam artykuł do wówczas obowiązującego prawa budowlanego merytorycznie nie nawiązuje. Zaś przywołane przemówienie dziekana winno być traktowane jako prywatna opinia, a nie element prawa, a jeśli już to może być elementem zwyczaju. I może warto byłoby poznać to prawo [1]. Nie sposób też zgodzić się z uzyskiwaniem uprawnień łącznie z dyplomem.

Czasy lat 30. i wcześniejsze to okres powstawania państwowości i struktur państwa tworzonego na obszarach będących wcześniej pod trzema zaborami, na których obowiązywało różne prawo nie tylko w zakresie budownictwa. Dla przypomnienia można zwrócić uwagę na fakt, że zgodnie z przywołanym tutaj prawem [1] kierować robotami budowlanymi mogły też osoby, które miały wykształcenie mechanika, chemika, górnika (art. 363). Inne teraz mamy czasy i inne problemy stoją przed budownictwem, inne są też zadania uczestników procesu budowlanego w porównaniu do tych z lat 30. Ale też programy uczelni są inne.

 

Ale „ab ovo”

Popatrzmy na bardzo odległe czasy. Budowle starożytnego Rzymu czy Grecji są piękne w formie, ale też proste w konstrukcji. W miarę rozwoju cywilizacyjnego ludzkości obiekty budowlane, zarówno mieszkalne, kultury czy też publiczne, mają w przeważającej części piękne formy, ale pojawiają się już pewne komplikacje i problemy z konstrukcją oraz nowe wymogi z nią związane. Rodzi się więc konieczność pewnej specjalizacji. A z biegiem czasu wyodrębnia się grupa ludzi te problemy rozwiązująca – budowniczy (konstruktor), a więc już nie architekt – artysta, a specjalista budowniczy konstruktor. Od czasów średniowiecza aż po czasy nowożytne architekt jeszcze łączy te dwie funkcje, ale od początków XIX w. jest to już coraz rzadsze. Faktyczne prowadzenie budowy przejmuje powoli budowniczy konstruktor. Wymogi obiektu powodują pojawienie się specjalistycznych narzędzi i urządzeń koniecznych do wzniesienia obiektu, a to już rola konstruktora – on to tworzył i wymyślał na potrzeby prowadzonej budowy, a później kolejnych [2]. Można by jeszcze wiele na ten temat napisać, ale przejdźmy do wieku XIX. Jest to doba rewolucji przemysłowej, pojawia się wiele obiektów przemysłowych różnego typu, jak zakłady włókiennicze, huty, itd., z nowoczesnymi technologiami, a zatem i nowymi wymogami dla konstrukcji budowli. Architektura jest dalej ważna, ale to technologia produkcji narzuca rozwiązania konstrukcyjne i tu znowu niezbędny jest specjalista konstruktor (rozpiętość, drgania, itd.). Wymagania technologii produkcji powodują pojawienie się nowych grup zawodowych, jak instalatorzy i nieco później elektrycy. Produkcja potrzebuje wody i prądu. Pojawiają się ścieki przemysłowe i bytowe – a to już domena instalatorów. Niezauważalnie nasze środowisko zaczyna być także zanieczyszczane. Wiek XX to dalszy szybki rozwój cywilizacyjny i coraz to większe wymogi konstrukcyjne spowodowane również tym, że zaczyna brakować terenów uzbrojonych w media i budownictwo zaczyna rosnąć w górę. Specyficzne wymogi technologii produkcji stawiają coraz to nowsze i większe wymogi przed instalatorami, elektrykami. Pojawiają się potrzeby wykonywania pomiarów zarówno specjalistycznych elektrycznych, jak i w zakresie wentylacji, ogrzewnictwa, a także konieczność automatyzacji procesów. A to powoduje powstawanie nowych specjalizacji zawodowych. Czyżby architekci tego nie zauważyli?

Przyjrzyjmy się teraz trochę działaniom naszych kolegów architektów. Na ich deskach, a obecnie ekranach komputerów, powstały zarówno dzieła wysokich lotów, których jest wiele, jak i obiekty, których winni się wstydzić. Ja najwięcej żalu mam za decyzję o wyburzeniu po wojnie zabudowy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, gdzie większość obiektów, co prawda uszkodzonych, ale nadających się do odbudowy, została świadomie zniszczona. A co w to miejsce mamy, każdy widzi. Zniszczono też wspaniały obiekt, jakim był Pałac Kronenberga na dzisiejszym Placu Piłsudskiego, wybudowano tzw. Gargamela (ul. Powązkowska w Warszawie), itd. Pomysł z płaskimi dachami budynków, zaczerpnięty z innego obszaru klimatycznego, który stworzył kolejne problemy w zakresie konstrukcyjnym, to też architekci.

XX wiek to budowa obiektów bardzo wysokich, to nowe technologie (np. elementy betonowe sprężane), nowe wyzwania i problemy konstrukcyjne, ale też instalacyjne. Problemy wentylacji, klimatyzacji komfortu, dostarczenia wody na bardzo duże wysokości, kwestie bezpieczeństwa pożarowego, dźwigi osobowe, itd. Czyżby to rozwiązywali architekci? Dla przykładu: odporność konstrukcji na drgania skorupy ziemskiej rozwiąże architekt czy konstruktor? Stwierdzić należy, że architektura budynku jest ważna, ale teraz dominują problemy techniczno-technologiczne i będą dominować coraz bardziej. To samo można napisać o mostach liczących niekiedy kilka kilometrów, prowadzonych w górach lub zbiornikach wodnych. Niewątpliwie forma architektoniczna jest ważna, ale przeważają problemy konstrukcyjne. Warto przy tym zauważyć, że wybitne rozwiązania konstrukcyjne obiektów inżynierskich równocześnie mają wysokie walory estetyczne; piękno tkwi w ich funkcjonalności i prostocie.

Jeśli spojrzymy do wnętrza naszych budynków, to po epoce pieców, pojawiły się nowoczesne systemy ogrzewania, klimatyzacja komfortu, wentylacja oddymiająca, itd. Oprócz instalatorów zaangażowało to elektryków, gdzie te technologie wymagały, aby instalacje elektryczne im sprostały. A tzw. „inteligentny budynek” to nie tylko forma architektoniczna, ale skomplikowane konstrukcje i technologie, a także automatyzacja i niezawodność funkcjonowania systemów wymagające wiedzy specjalistycznej na najwyższym poziomie. Czyżby temu również podołał architekt? Czyżby program uczelni na wydziale architektury tę problematykę obejmował?

Oddając cesarzowi, co cesarskie (czyt. architektom), stwierdzić należy, że XXI wiek to dominacja skomplikowanych technologii użytkowych i wysokich wymogów konstrukcyjnych, a nie formy architektonicznej. To raczej pomysły architektoniczne stwarzają nowe problemy techniczno-technologiczne. Czy tak naprawdę architekt winien kierować robotami, czy też konstruktor lub inni specjaliści – chyba odpowiedź nasuwa się sama. Jestem w stanie zrozumieć pewien żal autora nad malejącą rolą architekta, ale postęp cywilizacyjny narzuca inne dominanty.

Niestety, autor przejawia w swoim artykule też pewną formę szowinizmu. Jako cel swoich przemyśleń przedstawił nam model hiszpański i rolę architekta w tym systemie budownictwa, a szkoda, że dla równowagi nie posłużył się modelem niemieckim. Pewnie nie pasowałby do tezy o dominującej funkcji architekta. Wspomniany przeze mnie szowinizm polega na stwierdzeniu, że dla cyt.: uzyskania przestrzeni dla architektów i stosownych zarobków należy zmniejszyć ilość instalatorów, elektryków i konstruktorów. Tylko pogratulować, jeśli to mówi urzędnik – architekt. W dobie coraz większych wymogów technologicznych pomniejszanie roli innych uczestników procesu budowlanego, a dominacja architekta nie wymagają specjalnego komentarza. Odnoszę też wrażenie, że dobrze by było przytoczyć tutaj fraszkę Sztaudyngera: Dajcie mi władzę, a ja was usadzę.

I jeszcze jedno – moje spojrzenie na rolę architektury różni się zasadniczo od roli, jaką jej przeznacza autor. Architektura jest moim zdaniem nieodłącznym elementem w procesie powstawania obiektów budowlanych, ale na starożytnej zasadzie „primus inter pares”, a nie na zasadzie „tylko ja i nikt więcej”, jak to chce widzieć arch. Adam Popielewski.

Z życzeniami sukcesów w roku 2014 dla kolegi Autora.

 

dr inż.Jan Bylicki

 

Bibliografia:

1. Rozporządzenie Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 16 lutego 1928 – o prawie budowlanym i zabudowaniu osiedli.

2. W. Sierakowski, O silniach, czyli oszczędzanie zdrowia pracujących około ciężarów…, Kraków 1799.

 

*Artykuł Adama Popielewskiego „W sprawie uprawnień budowlanych” ukazał się w „Zawód:Architekt” nr 5/2013.

www.piib.org.pl

www.kreatorbudownictwaroku.pl

www.izbudujemy.pl

Kanał na YouTube